LYRICS.AZ APPLICATION

Download from Apple Store
Download from Google Play

Emil Blef - Nikt nie lubi telefonów w nocy lyrics

Raz, raz

Kiedy to się stało on patrzył jak kawa stygnie w filiżance
Jeszcze nic nie wiedział choć siedział lekko podenerwowany
Jak przy pierwszej randce
Wyglądał tak jak się czuł
Należą mu się brawa, w dobrze skrojonej marynarce
Dobrze dobrany krawat
Apetycznie, schludnie pomyślał o niej
Czekało go naprawdę miłe popołudnie
Miał imię jak każdy i lubił te kawiarnię
Lubił rozmawiać i nie lubił mieć zbyt wielu zmartwień
Wieczorem ją poznają wszyscy jego przyjaciele

Potem będą dzwonić wygadać się ze swych spostrzeżeń
Pracowała niedaleko tej kafejki
Blisko, za szybą padał deszcz
I myśl, że na ulicach dzisiaj musi być naprawdę ślisko
Przerwał dzwonek
, zdziwiony patrzył na telefon
Jeździł po stole, zaraz po tym jak odebrał pobladł
Zamiast na policzku tylko na szybie popłynęła kropla
Zasłonił dłonią oczy i część czoła
Zadzwonił do niej, przepraszam, muszę odwołać

(x2)
Nikt nie lubi telefonów w nocy
I z samego rana zostawiasz stopę na zimną podłogę
Potem czujesz jak pod tobą łamią się kolana
Nie dopadłby cię ten sam chłód gdybyś miał dywan
Kilka pierwszych słów wystarczy i człowiek się rozmywa
(tylko tekstyhh.pl)
Dalej dwie dzielnice, właśnie ostro wchodził w zakręt
Zlekceważył znicze, lubił mówić, że ma charakter
Lubił też świecący pulpit w swoim samochodzie
I odwlekał mocno spłodzenie pociech
Myślami był przy swoich sprawach
Nie miał żadnych przeczuć
[Lyrics from: https:/lyrics.az/emil-blef/mam-taka-twarz-ze-ludzie-mi-ufaja-billing/nikt-nie-lubi-telefonow-w-nocy.html]
Jedyne czym się martwił to to
Że jeszcze nic nie kupił na dziś wieczór
Dzień mijał swoim zwykłym tempem
On jak zwykle czuł się jak pępek świata
I gdy z miną pogardy wymijał Fiata
Musiał odebrać, to nie w jego stylu
Ale spokojnie zjechał, zatrzymał na poboczu
Dawno nie miał tak niepewnych, tak zagubionych oczu
Wolałby żeby dzwonił jego wspólnik
Wtedy pewnie nie miałby potrzeby by się w sobie skulić

Nikt nie lubi telefonów w nocy
I z samego rana zostawiasz stopę na zimną podłogę
Potem czujesz jak pod tobą łamią się kolana
Nie dopadłby cię ten sam chłód gdybyś miał dywan
Kilka pierwszych słów wystarczy i człowiek się rozmywa

Sklepowe półki przyciągały bielą
Jak się przyjrzeć im odstraszały ceną
Lubiła swoją pracę i gdy wchodził nowy sezon
Nie lubiła widzieć takich samych ubrań na kimś
Dlatego zanim coś trafiła sortowała wieszaki
Zwykle trzeba było sprawdzać na zapleczu
Ale teraz już trzymała w ręku coś naprawdę ekstra na dziś wieczór
I kiedy w stronę przymierzalni miała iść akurat telefon
Była już po pracy i przekonana, że to z biura
Rzuciła tylko okiem, żeby w sekundę potem znowu zerknąć
Miała przerażoną minę i pokazałoby to jej lusterko

To tylko trzy osoby spośród kilku
Którym migały tego dnia cyfry tego numeru
Każda z nich coś lubi, czegoś nienawidzi
Ale każdego ten telefon przerósł
Każdy miał swą codzienność
Która biegła dalej mimo że on sam w niej zamarł
Dramat, bo jeden z nich nie jest ważne co lubiła
Jakie życie ma dla niej zagadki
Nie miała farta właśnie w tym życiu
Codziennie zdarzają się wypadki

Correct these Lyrics